O przygodach, czyli zamiast wstępu.
Już po raz kolejny grupa członków i przyjaciół Opolskiego Klubu Sportowo – Turystycznego Niewidomych i Słabowidzących CROSS Opole, wybrała się poznać nową cześć świata. Tym razem wybór padł na Tunezję, gdzie grupa przebywała w terminie od 25 lutego do 11 marca 2010. Poza relaksem i zażywaniem luksusów serwowanych przez czterogwiazdkowy hotel Royal Jinnene w Susie (Sousse) uczestnicy mieli okazję poznać prawdziwe oblicze Tunezji, wybierając się poza „zone turistique”. Niniejsza relacja pisana była przez jednego z członków opisywanej wyprawy, stąd w częściach dotyczących wypraw po kraju stosowana będzie pierwsza osoba. Autor dołożył wszelkich starań, aby informacje zawarte w tekście były zgodne ze stanem faktycznym i zostały wielokrotnie sprawdzane w różnych, źródłach. Jednak za wszelkie ewentualne pomyłki z góry przepraszam.
O Tunezji
Tunezja – kraj arabski znajdujący się w północnej Afryce. Najmniejsze państwo w
pasie Maghrebu (Maghreb arab. Zachód – wybrzeże morza śródziemnego na zachód
od Kairu – przyp. autora). Powierzchnia porównywalna jest z połową powierzchni
Polski. W Tunezji mieszka około 10mln ludzi z czego ponad połowa w miastach.
Zdecydowana większość (99%) obywateli deklaruje wyznanie sunnickie (islam), poza
tym w największych miastach występują niewielkie społeczności żydowskie i
chrześcijańskie. Północ kraju jest zielona a znaczną część porastają lasy i
gaje oliwne. W części południowej stopniowo następuje pustynnienie (obecnie
mocno zwolnione przez nasadzane w czasach protektoratu francuskiego eukaliptusy
sprowadzane z Australii). Na dalekim południu step ustępuje krajobrazowi
pustynnemu (wielki erg orientalny i wielki erg wschodni) z dominującą pustynią
piaszczystą, Wzdłuż granicy z Algierią ciągnie się pasmo gór Atlas.
Tunezja jest niewątpliwie krajem kontrastów. Dzięki swojej liczącej 3000 lat
historii kraj posiada dziś nie tylko imponujące zabytki, ale także ciekawą
mieszanką kulturową.
Na południu kraju, w górach mieszkają rdzenni mieszkańcy Maghrebu – berberowie, również na południu mieszkają koczownicze plemiona Nomadów i Touargeów, ci drudzy szczególnie na pustyni piaszczystej. W pozostałych częściach kraju zamieszkują arabowie. Z racji niewielkiej ilości przedstawicieli społeczności niearabskich i ich pokojowego nastawienia, nie stanowią oni żadnego problemu dla arabskiego rządu Tunezji (w odróżnieniu od sytuacji w Algierii i Maroku).
Tunezja
powszechnie uważana jest za najbardziej liberalny, otwarty i pro-zachodni kraj
arabski. Takie przekonanie panuje również wśród mieszkańców innych krajów
arabskich. Pierwszy prezydent Tunezji (głównie za sprawą swojej pochodzącej z
Francji żony) wprowadził równouprawnienie, zniósł wielożeństwo właściwe dla
kultury islamu, przeprowadził daleko idącą sekularyzację kraju. Dziś w Tunezji
noszenie czarczafy to indywidualna decyzja kobiety przy czym większość z nich
rezygnuje z niej. Jednak z drugiej strony w Tunezji znajduje się Kairouan –
czwarte święte miasto islamu – do którego siedem pielgrzymek równoważy jedną do
Mekki. Ten właśnie Kairouan w roku 2009 był międzynarodową stolicą islamu.
O Tunezji zwykło się mówić że ma dwie twarze. Tolerancyjną i otwartą dla europy
i konserwatywna, ortodoksyjną dla mieszkańców. Taki układ wydaje się pasować
każdemu.
Na północy kraju nie sposób nie odnieść wrażenia, wchodząc do supermarketu,
banku czy salonu optycznego, że gdyby nie śniady kolor skóry obsługi i
klientów, bylibyśmy w Europie.
Na południu natomiast ciężko jest uwierzyć że ten w gruncie rzeczy biedny
rolniczy kraj, to ten sam kraj w którym znajduje się wspomniana wcześniej
bogata północ.
O historii słów kilka.
Jak wspomniałem wcześniej historia Tunezji liczy sobie około trzech tysięcy lat, jednak warto wiedzieć, że kiedy w IX w. p.n.e. zakładano pierwsze fenickie kolonie kupieckie na wybrzeżu morza śródziemnego, tereny te były już zamieszkanie przez rdzenną ludność Afryki północnej – Berberów. Początki ich osadnictwa datuje się na 10 do 8 tysięcy lat przed naszą erą. Za początek właściwej historii Tunezji uważa się założenie Kartaginy w połowie IX wieku p.n.e.. Ta fenicka kolonia na skutek napływu zamożnej ludności ze starszych ale podupadających miast fenickich rozrosła się do rangi potęgi, zyskując miano lidera w basenie morza śródziemnego. Na nieszczęście dla samych mieszkańców Kartaginy do tego samego tytułu aspirował rosnący w siłę Rzym. Cieśnina między Sycylią a wybrzeżem Afryki Północnej stała się zarzewiem konfliktu. Konfliktu który znalazł swój finał wraz z zakończeniem III wojny punickiej w 146 roku p.n.e. w doszczętnym zniszczeniu miasta oraz wybiciu wszystkich mieszkańców (wiek później Juliusz Cezar nakazuje odbudować miasto). Rzymianie na podbitych ziemiach zakładają nową prowincję Afrika Proconsularis która przez następne 3 wieki jest spichlerzem Rzymu. Powstają liczne nowe miasta, przeprowadzane są akwedukty, wdrażana jest irygacja. Następuje rozkwit. W czwartym i piątym wieku hordy barbarzyńców łupią imperium rzymskie, docierając aż do dzisiejszej Tunezji. Schrystianizowane plemię Wandalów w na tych ziemiach nie pozostawia żadnych pamiątek ani pozostałości po sobie (może poza pojęciem wandalizmu). Kolejnym okresem względnego spokoju jest okres panowania cesarzy z linii bizantyjskiej. Głównie za sprawą cesarza Justyniana chwała dawnego imperium jest odbudowywana. Bizantyjczycy muszą jednak nieustannie walczyć ze swoim przyszłym sojusznikiem – Berberami. Okres sojuszu przypada na połowę siódmego wieki – okres inwazji arabskiej. Skutkiem tej inwazji jest zasiedlenie tych terenów przez wyznających islam arabów oraz konwersja wszystkich Berberów. Od tego momentu historia kraju już niezmiennie związana jest z islamem. W połowie drogi między terytoriami opanowanymi przez Berberów a terenami nadmorskimi zajętymi przez Bizantyjczyków powstaje pierwsze na terenie Tunezji miasto arabskie Kairouan. Od VIII do początku XVI wieku w tunezji rządziły kolejne dynastie Arabskie, między innymi Aghlohabidzi i Hafasydzi. W połowie XVI wieku zainteresowanie tymi terenami wyrazili również Hiszpanie którzy parokrotnie, z pewnymi sukcesami, najeżdżali tereny Tunezji. Finalnie kraj dostaje się pod protektorat Turcji Osmańskiej. Krajem żądzą bejowie i dejowie którzy mają dość dużą autonomię i swobodę w podejmowaniu decyzji. Pod koniec wieku XIX kraj dostaje się pod protektorat francuski. Francuzi przynoszą zarzewie rozwoju, postępu i techniki. Powstają linie kolejowe, zakłady pracy, elektrownie, modernizowana jest cała infrastruktura. Wraz z wybuchem II wojny światowej status Tunezji był nie do końca jasny (tym mniej po kapitulacji Francji) jednak wszytskie wątpliwości rozwiały się kiedy wojska niemieckie przeprowadziły desant na te tereny. Pasmo gór Matmaty stało się świadkiem brutalnych walk. Po II wojnie światowej protektorat francuski był kontynuowany aż do roku 1967 kiedy to Tunezja odzyskała niepodległość.
W głąb kraju. Piasek, palmy i oazy.
Dwa dni po przyjeździe zdecydowaliśmy się pojechać w głąb kraju, aby zobaczyć prawdziwe oblicze Tunezji. Wycieczka zaplanowana została na dwa dni, niedzielę i poniedziałek. W niedziele po wczesnym śniadaniu o 06:30 byliśmy już w autobusie i zmierzaliśmy w stronę naszego pierwszego punktu - El-Jem. Do samego celu wiodła nas autostrada, z której roztaczał się widok na łagodne wzgórza porośnięte w całości gajami oliwnymi. Oliwki a właściwie oliwa z oliwek była już od czasów rzymskich głównym towarem eksportowym Tunezji (która wówczas nazywała się Afrika Proconsularis).
Samo El-Jem (za czasów rzymskich Thyssdrus), założone już za czasów rzymskich znajduję się w odległości około pięćdziesięciu kilometrów od wybrzeża. Utrzymanie miasta w tym miejscu uzależnione było od akweduktów będących owocami doskonałej rzymskiej inżynierii. W trakcie najazdu Wandali na Tunezję, akwedukty zostały zniszczone a miasto Thyssdrus upadło. Pozostał po nim jedynie amfiteatr na trzydzieści tysięcy osób omiatany piaskami pustyni. Z amfiteatrem związana jest też jedna z ciekawych tunezyjskich legend. Mówi ona, że był on ostatni punktem oporu koalicji berberyjsko-chrześcijańskiej w czasie inwazji arabskiej. Wokół amfiteatru powstało po inwazji arabskie miasto El-Jem.
Imponującą
bryłę amfiteatru widzieliśmy już z drogi, udało nam się dotrzeć na miejsce na
tyle wcześnie, iż nie było żadnych innych turystów, także zwiedzanie tego
doskonale zachowanego zabytku odbyło się bez większych komplikacji. Była to też
pierwsza okazja do obejrzenia tunezyjskiej prowincji. Stąd nasza droga
prowadziła do Matmaty.
Około czterdziestu kilometrów na południe od Gafsy, znajduje się pasmo górskie
Matmata, w centrum którego znajduje się miejscowość o tej samej nazwie.
Znajdują się tam tradycyjne mieszkania Berberów – wykute w miękkiej skale
jaskinie w których od niepamiętnych czasów mieszkają ludzie. Mieliśmy okazję
zobaczyć wnętrze jednego z takich domów, poznać warunki w jakich do dziś mieszkają
tam ludzie. O mieszkańcach tych jaskiń wspominał już „ojciec historii” – grek
Herodot. Jeden szczególnie duży kompleks pomieszczeń zaadaptowany został na
restaurację w której jedliśmy przysmaki berberyjskiej kuchni. Choć rząd Tunezji
stara się zapewnić Berberom mieszkania w których mogą się osiedlić, opuszczając
jaskinie, tylko niewielka cześć się na to decyduje. Wszędzie w okolicy można
zobaczyć przedmioty codziennego użytku stworzone z tego co zostało pozostawione
przez Afrika Korps lub armię Aliantów gdyż walki w tej okolicy były bardzo
zażarte. Z Matmaty droga, wciąż przez góry wiodła nas do El Douz.
El Douz – brama na Saharę. Przepiękna oaza pustynna za którą zaczyna się pasmo Wielkiego Ergu Wschodniego – pustynia piaszczysta. Zostaliśmy tam przebrani w stosowny strój (galabije i chusty na głowę) i wedle uznania jeździliśmy na wielbłądach lub bryczkami pośród piaskowych wydm. Krajobraz zdominowany przez wydmy, dawała wrażenie wolności i spokoju, a jego widok kiedy wracaliśmy do autobusu kiedy promienie zachodzącego słońca kładły długie cienie na pewno na długo zostanie nam w pamięci. Następnie przejechaliśmy do hotelu leżącego w samym sercu oazy. Na hotel składał się zespół bungalowów poprzedzielanych dziedzińcami z basenami i fontannami, tworząc niezapomnianą atmosferę. Po kolacji w hotelowej restauracji do snu układało nas cykanie cykad. Następny dzień miał zacząć się bardzo wcześnie bo o czwartej trzydzieści, a ponadto zmęczeni ogromem wrażeń od razu pozasypialiśmy.
Kolejnego dnia wyruszyliśmy przed świtem, tak aby dotrzeć na groblę biegnącą przez Szot El-Jerid przed wschodem słońca. Udało nam się. W pierwszych promieniach porannego słońca podziwialiśmy bezkresne przestrzenie największego słonego jeziora w Tunezji. Stamtąd skierowaliśmy się w stronę granicy z Algierią. Przesiedliśmy się z autobusu do terenowych Toyot Landcruiser – którymi podróżowaliśmy przez następne 4 godziny. W pierwszej kolejności dotarliśmy do scenografii pozostawionej przez George’a Lucasa w trakcie kręcenia jednego z epizodów. Warto jednak wspomnieć, iż droga na miejsce była pełna wrażeń a kierowcy starali się ją jak najbardziej urozmaicić wybierając strome zjazdy i podjazdy, zbocza wzgórz, itp. Kosmiczna wioska otoczona wysokimi na trzydzieści metrów wydmami sprawia niesamowite wrażenie. Następnie udaliśmy się do górskiej osady Chebika. Źródło termalne wybija w tym miejscu zasilając pobliską osadę wodą o temperaturze dwudziestu siedmiu stopni Celsjusza. Mogliśmy podziwiać zieleń palm wdzierających się z pustyni w wąski wąwóz gdzie biegnie strumień utworzony ze źródlanej wody. Na terenie oazy mieliśmy okazję pospacerować chwilę po górach, mijając zabudowania dawnej Chebiki (zniszczone w znacznej mierze przez powódź w 1969 roku). Stąd udaliśmy się na wzgórze górujące nad granicą z Algierią, skąd roztacza się piękna panorama na pasmo Atlasu Saharyjskiego a Algieria jest na wyciągnięcie ręki. Stąd powróciliśmy do autokaru którym zaczęliśmy naszą żmudną podróż do Susy. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się na obiad w głównym ośrodku wydobycia fosforytów – mieście Metlaoui (dawniej Thomas). Przed samą Susą zrobiliśmy jeszcze postój pod Wielkim Meczetem w Kairouanie. Świątynią która według tradycji Islamu powiązana jest w mistyczny sposób z Wielkim Meczetem w Medynie. Niezależnie od legend na temat powstania Kairouanu, jest on pierwszym miastem założonym przez Arabów, którego budowa zmieniła charakter inwazji arabskiej z najazdów na okupacje. Po krótkiej chwili spędzonej pod meczetem (nie muzułmanom nie można było w owym momencie wejść do środka) na rozległym placu, udaliśmy się bezpośrednio do Susy. Kolacją w hotelu zakończyliśmy te dwa dni pełne wrażeń i emocji.
Susa. Nie tylko hotele.
Zainteresowani innym obliczem kraju które mieliśmy okazję zobaczyć w trakcie wyprawy na Saharę zaczęliśmy poznawać Susę. Poza pasmem hoteli zajmującym wybrzeże w Susie znajduje się starówka – po arabsku medina – której początki można datować już na czasy fenickie. Do dziś zachowały się czternastowieczne mury miejskie okalające stare miasto, Ribat – warowny klasztor założony przez pierwszą dynastię arabską władającą Tunezją, oraz Wielki Meczet również założony przez dynastię Aghlabidów. Niewątpliwie największą atrakcją był Souk – typowo arabski kryty bazar gdzie targując się można kupić prawie wszystko. Od ważącej półtorej kilograma szczerozłotej obejmy na kostkę (znak zamożności wśród tunezyjek) przez rękodzielnicze wyroby ze skóry, na świeżej baraninie kończąc. Uczestnicy wycieczki z drygiem handlowym odnosili niewątpliwe sukcesy w targowaniu kupując przedmioty za cenę dużo niższą niż wywoławcza. Aby nie być gołosłownym przytoczę przykład jednej z uczestniczek która kupiła skórzaną torebkę za dwadzieścia dinarów choć cena wywoławcza wynosiła sto dwadzieścia. Dni rozdzielające poszczególne wyjazdy wypełnione były bądź to relaksem w hotelu, bądź wyprawami do mediny.
Port El
Kantaoui. Saint Tropez w Afryce.
Nasz hotel ulokowany był dokładnie w połowie drogi pomiędzy mediną w Susie a
mariną w Porcie El Kantaoui. Naturalną koleją rzeczy było zorganizowanie rejsu
po morzu śródziemnym na którego wybrzeżu przebywaliśmy. Rejs zaczynał się w
porcie El Kantaoui. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że jest to
najbardziej urokliwe miejsce stworzone ręką człowieka na terenia całej Tunezji.
Białe gmachy, zielone trawniki, porządek i stojące na kei jachty nadają temu
miejscu niesamowity charakter. Stamtąd wyruszył nasz stylizowany na krypę
pirata Barbarossy statek. W trakcie rejsu mogliśmy oglądać wybrzeże od strony
morza, napawać się łagodnym kołysaniem. Niektórzy uczestnicy mieli nawet okazję
własnoręcznie sterować okrętem. Po ponad godzinie pływania stanęliśmy na
kotwicy na redzie. Kapitan statku przygotował dla nas grillowane sardynki,
chleb, pomidory, cebule, i kapustę. Część grupy miała okazję łowić ryby (przy
użyciu wędek). Po poczęstunku wróciliśmy na keję.
Folklor – wino, kobiety i śpiew.
Kolejną przygodą w trakcie naszego pobytu w Tunezji był „wieczór folklorystyczny”. Uczestnicy imprezy wyruszyli z hotelu o godzinie 17:00 do miejsca o nazwie „Medina Alzahara” – potężnego kompleksu stylizowanego na Alkazar – fortecę górującą nad miastami arabskimi. Na początku gości przywitała wiernie odtworzona wioska berberyjska gdzie mieliśmy okazję skosztować tradycyjnego chleba berberów maczanego w oliwie i harrisie (paście paprykowej o bardzo wyrazistym, ostrym smaku). Następnie udaliśmy się na trybuny skąd oglądaliśmy spektakl którego motywem przewodnim było beduińskie (beduin arab. mieszkaniec wsi) wesele. W trakcie spektaklu można było zobaczyć popisy woltyżerskie „pana młodego”, powabny taniec „panny młodej”, popisy najemnego kuglarza. Aktorzy w trakcie przedstawienia wdrożyli publikę w cały rytuał zaślubin w świecie arabskim. Stamtąd nasze kroki skierowaliśmy do restauracji. Stolik dla naszej grupy znajdował się pod sceną. Podczas trzydaniowego posiłku zawierającego elementy tradycyjnej kuchni berberyjskiej można było raczyć się lokalnym winem oraz podziwiać spektakl odbywający się na scenie. W jego trakcie pojawiały się kolejne grupy tancerzy, mężczyzn i kobiet, które prezentowały kolejne tradycyjne tańce. Wszystkiemu towarzyszyła muzyka na żywo, wykonywana na tradycyjnych instrumentach arabskich. Koronacją pokazu był występ kuglarza, znanego nam już z „wesela”. Po kolacji grupa wróciła do hotelu.
Tunis. W Afryce też pada deszcz.
Wbrew obiegowej opinii w Afryce północnej również pada deszcz. Akurat na takie warunki trafiliśmy podczas naszego wyjazdu do Tunisu i Kartaginy. Do wyjazdu zostały tylko dwa dni, ponadto wszystko było ustalone więc innych alternatyw nie było. Zaraz po wschodzie słońca, wyruszyliśmy na północ Tunezji – do jej stolicy Tunisu. Po trwającej dwie godziny podróży dotarliśmy poprzez nowy most na jeziorem Tunisu do Kartaginy. Dziś Kartagina to głównie luksusowe osiedle mieszkalne, jednak od 1975 roku UNESCO stara się zachować te zabytki które się jeszcze da uratować. Wśród nich są łaźnie Antoniusza z II n.e.. Te właśnie łaźnie mieliśmy okazję obejrzeć. Punicka, jak i rzymska Kartagina lokowane były w tym samym miejscu – w dzisiejszej zatoce Tunisu. Łaźnie które odwiedzaliśmy położone są nad samym brzegiem morza w gaju palmowym nad którym góruje otoczona wysokim murem rezydencja prezydenta Tunezji. W skład kompleksu wchodził główny piętrowy budynek z którego do dziś zachowały się fragmenty obu poziomów. Na dolnym poziomie znajdowały się baseny i łaźnie parowe gdzie dobijano targów, sale masażu oraz inne uciechy dla ciała. Na piętrze znajdowały się sklepy i restaurację. Dziś te malownicze ruiny są ledwie wspomnieniem ogromnej potęgi jaką było imperium rzymskie. Opuszczając na chwilę Kartaginę udaliśmy się do Sid Bou Said – pięknej miejscowości z której wywodzi się styl architektoniczny o tej samej nazwie rozpowszechniony w całym maghrebie.
Na wzgórzu rozlokowane są w ścisłej zabudowie niewielkie domki pomalowane na śnieżnobiały kolor, elementy konstrukcji takie jak okiennice, ramy okien i drzwi, framugi, drzwi, balustrady mają kolor błękitny. Tworzy to niezwykle harmoniczny i senny pejzaż. Z racji deszczu który niełaskawie dla nas nie przestawał padać podjęliśmy decyzję o nadprogramowej wizycie w lokalnym muzeum etnograficznym. Wnętrze jednego z domów w Sid Bou Said pozostało nienaruszone i teraz udostępnia swoje podwoje turystom. W trakcie wizyty mogliśmy zobaczyć jak żyli zamożni Tunezyjczycy. Styl życia tych ludzi niewiele zmieniał się od czasów przynależności do imperium otomańskiego do końca protektoratu francuskiego. Mogliśmy zobaczyć tradycyjne pomieszczenia jak sypialnie, salon czy biuro oraz prywatny meczet i bibliotekę rodziny. Chwilą wytchnienia była przerwa na herbatę na głównym dziedzińcu tego wspaniałego domu. Następnie wróciliśmy do Kartaginy – na wzgórze Birsa dokładnie.
Według
legendy o założeniu miasta, punicka księżniczka Dydona (lub Ellisa według
innych źródeł) po przybyciu do Afryki północnej uzyskała od miejscowego władcy
Haribasa obietnice podarowania jej i innym zbiegom z fenickiego Tyru tyle ziemi
ile opasa skóra byka. Roztropnie Dydona kazała zabić największego byka a jego
skórę pociąć na wąskie paski którymi opasano wzgórze, do dziś nazywane Birsa
(gr. skóra). Na tym właśnie wzgórzu powstała pierwsza cytadela Kartaginy. Choć
skutkiem trzech wojen punickich miasto legło w gruzach w ruinach zachowała się
część wyposażenia (zwłaszcza w grobach) którego używali mieszkańcy Kartaginy.
Z okresu rzymskiej Kartaginy założonej na ruinach tej punickiej zostało już
znacznie więcej eksponatów. Dziś na wzgórzu znajduję się muzeum Kartaginy oraz
gmach dawnej katedry p.w. Św. Ludwika. Z tarasu widokowego muzeum roztacza się
panorama na cały Tunis. Wewnątrz muzeum mogliśmy zobaczyć przedmioty
codziennego użytku oraz rzymskie mozaiki odnalezione w różnych stanowiskach
archeologicznych w okolicy Tunisu, głównie w Kartaginie. Z muzeum skierowaliśmy
się na obiad.
Obiad mieliśmy okazję zjeść w restauracji przy ujściu kanału łączącego jezioro
Tunisu z morzem śródziemnym. Następnie udaliśmy się do centrum Tunisu.
W samym sercu miasta mieliśmy się okazję przespacerować (w strugach deszczu) po
Avenue de Habib Burgiba – głównej alei miasta – odpowiedniku paryskich pól
elizejskich. W trakcie spaceru mogliśmy zaobserwować wielkomiejski charakter
Tunisu oraz bardzo silne wpływy architektury francuskiej. Stąd przemoczeni,
udaliśmy się do hotelu.
Michał Flakowski